Polski system podatkowy przechodzi obecnie cichą transformację, która dotyka coraz szerszej grupy pracujących. Mechanizm znany ekonomistom jako „zimna progresja” sprawia, że danina, która pierwotnie miała być obciążeniem dla najzamożniejszych, staje się codziennością dla specjalistów, nauczycieli i wykwalifikowanych pracowników fizycznych. Zamrożenie progów podatkowych przy jednoczesnym wzroście płac wywołanym inflacją powoduje, że w 2025 roku rekordowa liczba podatników odda fiskusowi niemal jedną trzecią swoich dochodów.
Według najnowszych analiz i danych płynących z resortu finansów, granica 120 tysięcy złotych dochodu rocznego przestała być symbolem luksusu. Jeszcze w 2022 roku w drugi próg podatkowy wpadało zaledwie 3 proc. podatników. Obecnie statystyki te gwałtownie rosną – szacuje się, że już blisko 2 miliony Polaków (około 8 proc. pracujących) musi rozliczać się według stawki 32 proc. od nadwyżki swoich dochodów. Prognozy na 2025 rok są jeszcze mniej optymistyczne, wskazując, że w tę pułapkę może wpaść nawet co dziesiąty podatnik.
Czym jest zimna progresja i dlaczego uderza w portfele
Zjawisko zimnej progresji to proces, w którym realna wartość progów podatkowych spada, mimo że ich nominalna wysokość pozostaje bez zmian. W warunkach wysokiej inflacji pracodawcy podnoszą wynagrodzenia, aby utrzymać siłę nabywczą pracowników. Jednak system podatkowy nie nadąża za tymi zmianami. W efekcie pracownik, który otrzymał podwyżkę inflacyjną, realnie może kupić tyle samo co wcześniej, ale dla fiskusa staje się „bogatszy” i przekracza limit uprawniający do wyższej stawki opodatkowania.
Obecny próg 120 tys. zł brutto rocznie oznacza, że stawka 32 proc. zaczyna obowiązywać przy zarobkach rzędu 10-11 tys. zł brutto miesięcznie. W dużych aglomeracjach miejskich, przy obecnych kosztach najmu i ratach kredytów hipotecznych, taka kwota pozwala na stabilne życie klasy średniej, ale rzadko kojarzy się z wysoką zamożnością, w którą celować miał pierwotnie ustawodawca.
Nauczyciel i specjalista w roli krezusa
Problem staje się szczególnie widoczny w sektorach, gdzie braki kadrowe wymuszają na pracownikach branie nadgodzin lub łączenie kilku etatów. Przykładem mogą być nauczyciele dyplomowani. Osoba pracująca na półtora etatu, korzystająca z dodatków stażowych i funkcyjnych, może z łatwością zbliżyć się do granicy 120 tys. zł dochodu rocznego.
Wielu pracowników doświadcza tzw. „szoku grudniowego”. To moment, w którym po przekroczeniu limitu dochodu narastająco w ciągu roku, ostatnie wypłaty w roku kalendarzowym są zauważalnie niższe. Dzieje się tak, ponieważ płatnik (pracodawca) ma obowiązek pobrać wyższą zaliczkę na podatek dochodowy od nadwyżki ponad limit. Dla wielu gospodarstw domowych, planujących wydatki w okresie świąteczno-noworocznym, jest to dotkliwy cios w domowy budżet.
Dlaczego rząd nie waloryzuje progów podatkowych
Eksperci podatkowi oraz organizacje zrzeszające przedsiębiorców od dawna apelują o automatyczną waloryzację progów podatkowych o wskaźnik inflacji. Ministerstwo Finansów stoi jednak przed trudnym wyzwaniem. Polska została objęta przez Komisję Europejską procedurą nadmiernego deficytu, co wymusza na rządzie dyscyplinę budżetową i szukanie oszczędności.
Z danych analitycznych wynika, że podniesienie progu podatkowego choćby o wskaźnik inflacji (np. do poziomu 126-130 tys. zł) oznaczałoby dla budżetu państwa ubytek wpływów rzędu 3 miliardów złotych rocznie. W obliczu rekordowych wydatków na zbrojenia, które mają zapewnić bezpieczeństwo kraju, rządzący unikają decyzji, które mogłyby dodatkowo powiększyć dziurę budżetową. Oznacza to, że ciężar stabilizacji finansów publicznych w dużej mierze spoczywa na barkach najlepiej zarabiających pracowników etatowych.
Ucieczka na B2B jako reakcja obronna rynku
Utrzymywanie niskiego progu podatkowego przy wysokiej stawce 32 proc. wywołuje konkretne skutki rynkowe. Specjaliści, tacy jak inżynierowie, programiści czy kadra zarządzająca, coraz częściej rezygnują z umów o pracę na rzecz samozatrudnienia (B2B).
- Podatek liniowy: Stała stawka 19 proc. niezależnie od wysokości dochodu, co przy wysokich zarobkach generuje oszczędności rzędu kilku tysięcy złotych miesięcznie.
- Ryczałt od przychodów ewidencjonowanych: Bardzo atrakcyjne stawki (od 8,5 proc. do 15 proc. dla wielu profesji), które pozwalają na drastyczne obniżenie obciążeń fiskalnych.
- Koszty uzyskania przychodu: Możliwość odliczania wydatków związanych z prowadzoną działalnością, co na etacie jest niemożliwe w tak szerokim zakresie.
Zjawisko to, choć korzystne dla portfeli jednostek, budzi niepokój ekonomistów. Prowadzi ono do erozji systemu ubezpieczeń społecznych i tworzy nierówności między pracownikami wykonującymi te same zadania, ale rozliczającymi się w różny sposób. Państwo traci wpływ do ZUS, a pracownicy tracą ochronę wynikającą z Kodeksu pracy.
Jak przygotować się na zmiany w 2025 roku?
Dla osób, których zarobki oscylują wokół 10-12 tys. zł brutto miesięcznie, kluczowe staje się świadome planowanie finansów. Warto pamiętać o kilku aspektach, które mogą pomóc w optymalizacji rozliczenia rocznego:
- Wspólne rozliczenie z małżonkiem: Jeśli jeden z małżonków zarabia znacznie mniej lub nie pracuje, wspólne rozliczenie pozwala de facto podwoić próg podatkowy do 240 tys. zł.
- Ulgi podatkowe: Wykorzystanie ulgi na dzieci, ulgi termomodernizacyjnej czy wpłat na IKZE (Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego) pozwala obniżyć podstawę opodatkowania.
- Darowizny: Przekazanie środków na cele pożytku publicznego lub krwiodawstwo również podlega odliczeniu od dochodu.
Podsumowując, rok 2025 będzie czasem, w którym miliony Polaków będą musiały zmierzyć się z realiami wyższego opodatkowania. Bez systemowej waloryzacji progów, klasa średnia pozostanie głównym płatnikiem rosnących potrzeb budżetowych państwa. Eksperci przewidują, że dyskusja o konieczności reformy skali podatkowej powróci z dużą siłą w drugiej połowie roku, gdy skutki zimnej progresji staną się masowo odczuwalne w comiesięcznych przelewach wynagrodzeń.

