Wewnętrzne wybory na przewodniczącego partii Polska 2050, zaplanowane na sobotę 10 stycznia 2026 roku, nabrały charakteru spolaryzowanej rywalizacji. Jak donosi Polska Agencja Prasowa (PAP), powołując się na źródła partyjne, czterech prominentnych kandydatów zawarło nieformalny sojusz taktyczny. Ich celem jest zablokowanie zwycięstwa Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, obecnej minister funduszy i polityki regionalnej, która jest postrzegana jako główna faworytka.
W skład tego bloku opozycyjnego wchodzą: poseł Ryszard Petru, minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska oraz posłanka Joanna Mucha. Sojusz ten uzyskał również symboliczne poparcie Michała Koboski, europosła, który zrezygnował ze startu, ale otwarcie wezwał do wspierania kandydatów dążących do transformacji ugrupowania. Konflikt ten nie jest jedynie walką o stanowisko, ale odzwierciedla głębokie różnice wizji politycznej i sposobu zarządzania partią po ustąpieniu Szymona Hołowni.
Dla członków partii i obserwatorów sceny politycznej, wynik tych wyborów jest kluczowy. Zwycięstwo Pełczyńskiej-Nałęcz prawdopodobnie umocniłoby scentralizowany styl zarządzania, podczas gdy wygrana „kwartetu” mogłaby doprowadzić do przełomu i decentralizacji władzy w ugrupowaniu tworzącym Trzecią Drogę.
Gra o tron w Polsce 2050. Kto tworzy „kwartet” i dlaczego?
Wyścig o fotel przewodniczącego Polski 2050, po tym jak Szymon Hołownia zrezygnował z ponownego ubiegania się o tę funkcję, przyciągnął sześcioro kandydatów. Jednakże, jak wynika z relacji parlamentarzystów, kampania szybko spolaryzowała się na dwie strony: zwolenników i przeciwników Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz.
Polityk Polski 2050, cytowany przez PAP, określił sojusz opozycyjny mianem „kwartetu”. Mimo różnic programowych i personalnych, mniej popularni kandydaci połączyli siły, mając jeden nadrzędny cel: uniemożliwić zwycięstwo faworytki. Wśród konkurentów to Ryszard Petru jest postrzegany jako najbardziej wyrazisty, natomiast Paulina Hennig-Kloska ma realne szanse na wejście do drugiej tury głosowania.
Anonimowi rozmówcy PAP podkreślają, że konsolidacja ta nie jest trwałym podziałem frakcyjnym, lecz doraźnym działaniem taktycznym. Kandydaci ci, choć nie zdołali wystawić jednego wspólnego reprezentanta z powodu zbyt dużych ambicji indywidualnych, są na tyle rozsądni, by nawiązać współpracę i wspólnie „podebrać” wyborców Pełczyńskiej-Nałęcz.
Zarzuty o „jednoosobową władzę”. Krytyka zarządzania partią
Kluczowym elementem konfliktu, który doprowadził do powstania sojuszu, jest krytyka stylu zarządzania partią przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz. Oskarżenia te zostały sformułowane wprost w liście Michała Koboski, który pod koniec grudnia zrezygnował ze startu w wyborach.
Kobosko, który pełnił funkcję pierwszego przewodniczącego partii przed Pełczyńską-Nałęcz, stwierdził, że odkąd minister przejęła obowiązki, „władza w partii stała się praktycznie jednoosobowa„. W swoim liście Kobosko wyraził poparcie dla Hennig-Kloski, Muchy i Petru, argumentując, że łączą oni doświadczenie polityczne z ambicją wzmacniania organizacji. Jego list jest interpretowany przez źródła PAP jako jasny sygnał konsolidacji „przeciwko” faworytce.
Niechęć do Pełczyńskiej-Nałęcz ma również podłoże osobiste i ambicjonalne. Jeden z rozmówców PAP przyznał, że poparcie dla Hennig-Kloski wewnątrz klubu parlamentarnego wynikało w dużej mierze z pragmatyki politycznej i niechęci do obecnej szefowej MFiPR. „Hennig-Kloskę poparło wielu ludzi, którzy za nią nie przepadają, ale wielu jeszcze bardziej nie lubi Katarzyny” – tłumaczył polityk.
Praktyczne implikacje sojuszu. Jak rywale chcą odebrać głosy?
Strategia „kwartetu” polega na maksymalnym wykorzystaniu różnic programowych i ambicji, aby uniemożliwić Pełczyńskiej-Nałęcz zwycięstwo w pierwszej turze. Źródła partyjne wskazują, że motywacje poszczególnych sojuszników są zróżnicowane:
- Ryszard Petru: Kieruje się inną wizją polityczną dla ugrupowania.
- Paulina Hennig-Kloska: W grę wchodzą silne ambicje. Uważa, że ma większe kompetencje liderskie i widzi siebie jako lepszą z dwóch ministrów.
- Michał Kobosko: Prawdopodobnie ma podłoże osobiste, wynikające z różnic w sposobie zarządzania i silnych charakterów.
Te ambicje mają swoje korzenie w niedawnej przeszłości. Przypomniano, że Hennig-Kloska uzyskała silne poparcie parlamentarzystów, gdy klub debatował nad rekomendacją na stanowisko wicepremiera w rządzie. Wówczas Pełczyńska-Nałęcz wygrała przewagą zaledwie dwóch głosów, co świadczy o głębokim podziale w łonie parlamentarzystów Polski 2050.
Obecnie członkowie „kwartetu” intensyfikują wzajemne spotkania i publikują relacje w mediach społecznościowych, demonstrując jedność w kwestii przyszłości ugrupowania. Ich celem jest przekonanie działaczy lokalnych, że to ich wizja gwarantuje większą otwartość i demokrację wewnętrzną.
Scenariusze przed drugą turą. Decydują głosy działaczy lokalnych
Mimo zawiązania sojuszu, eksperci wewnątrz partii powątpiewają, czy wystarczy on do całkowitego zablokowania Pełczyńskiej-Nałęcz. Wielu rozmówców PAP uważa, że minister ma „na tyle mocną pozycję”, że może pozwolić sobie na prowadzenie kampanii bez konieczności zawierania formalnych sojuszy z rywalami.
Wysoko postawiony polityk Polski 2050 ocenił, że rezygnacja Koboski była błędem. Jego zdaniem, do drugiej tury wyborów niemal na pewno wejdzie Pełczyńska-Nałęcz. Największe szanse na drugie miejsce ma Paulina Hennig-Kloska, choć Joanna Mucha również prowadzi „prężną kampanię lokalną”.
Ostateczny wynik będzie zależał od głosów działaczy lokalnych, które nie muszą być zbieżne z preferencjami parlamentarzystów. Fakt, że Hennig-Kloska była bliska zwycięstwa w głosowaniu na wicepremiera, nie odzwierciedli automatycznie wyników wyborów na przewodniczącego. Decydujące będzie, który z kandydatów skuteczniej przekona struktury terenowe do swojej wizji transformacji ugrupowania, które musi teraz odnaleźć się w nowej rzeczywistości bez swojego założyciela.


